Na skróty
Image Map

Share | 
 

 Destiny

AutorWiadomość

avatar


Admin



PisanieTemat: Destiny   10.07.17 22:42
Spoiler:
 

Jeden z bardziej popularnych klubów ze striptizem w Las Vegas, często odwiedzany przez podejrzanych typów, o których albo wiadomo wszystko, albo nic. Oferta dostosowana jest do jak największej liczby preferencji, od kobiet do mężczyzn, poprzez różne wydarzenia tematyczne. W swojej ofercie zawiera również prywatne występy tancerek czy też tancerzy.
Klienci mają do wyboru zabawę w ogromnej hali, wśród pozostałych ludzi, odosobnioną lożę lub, jeśli ktoś woli uciec od wrzawy i tłumu – prywatne pokoje, do których mają dostęp jedynie oni, kelnerzy i tancerki oraz tancerze. A co dzieje się w środku – o tym wiedzą już tylko obecni.
Ponadto klub oferuje bary z profesjonalną obsługą, a poza drinkami i przekąskami również całe dania, przygotowywane przez najlepszych kucharzy.
Ze względu na podejrzenia o powiązanie z narkotykami (podawanie klientom narkotyków, by wyłudzić od nich jak największą sumę pieniędzy; sprzedaż ich), klub ma za sobą kilka rozpraw sądowych, które jednak zostały umorzone, w większości dzięki dobrym prawnikom i przekupieniu ławników i samego sędziego. A niekiedy i policji.
Powrót do góry Go down

avatar


luxuria



PisanieTemat: Re: Destiny   15.02.18 20:28
Znowu nadeszła ta noc, w której musiał zabawiać gości w klubie nocnym. Chociaż słowo „zabawiać” brzmiało w tym przypadku nadzwyczaj źle… Po prostu – znowu tańczył, a inni go podziwiali. Wyczekiwał tylko na swoją wymarzoną przerwę, żeby nawilżyć swoje gardło jakimś dobrym alkoholowym trunkiem, którego niekoniecznie zamówi sobie sam. Ot, zalety pracy w takim miejscu.
Gdy już w końcu mógł trochę odsapnąć, przebrał się w coś wygodniejszego i znalazł się na jednej z tych wielkich kanap, niedaleko barku. Nie musiał długo czekać na potencjalnego adoratora, bo po paru minutach ktoś dostrzegł go z tłumu i przytruchtał do niego z dwoma naczyniami, wypełnionymi alkoholem. Uśmiechnął się delikatnie i wygodniej oparł o siedzenie. To była jedna z tych lepszych części jego pracy. Sam mężczyzna nie był jakoś specjalnie brzydki, więc tym bardziej szło mu to na rękę. Przyjął od niego alkohol i upił pokaźnego łyka. Whisky. Nie przepada za nią i jak już, to zamówiłby dla siebie coś innego, ale nie będzie wybrzydzał. Skrzywił się jedynie z powodu jej charakterystycznego smaku i spojrzał na mężczyznę, który nagle znalazł się jakoś niemożliwie blisko. Odsunął się nieznacznie, żeby jakąś tam przestrzeń osobistą zachować, ale wtedy ten się przybliżył, żeby wyszeptać Nansenowi do ucha komplement, związany z jego tańcem i ciałem miłym dla oka. Posłał mu uśmiech, unosząc jedną brew do góry. Jeszcze parę drinków i może nawet zgodzi się na pójście z nim w jakieś odosobnione miejsce, nawet jeżeli takie komplementy mógł usłyszeć na co dzień.
Spojrzał kątem oka za siebie, gdy poczuł na swoich plecach jego dotyk. Skrzywił się trochę z tego powodu, ale nie zareagował w jakikolwiek sposób. Zamiast tego, znowu napił się alkoholu. Po tym przybliżył się do mężczyzny i wyszeptał mu do ucha:
Mój szef nie będzie z tego zadowolony. — Spojrzał na niego wymownie. Przez tę bliskość uderzył go nieprzyjemny zapach alkoholu. Ten facet… był już spity dostatecznie. Jeszcze parę łyków i dosłownie zatoczy się pod stół. Westchnął na to, kręcąc głową. A miał nadzieję, że naciągnie go na parę drinków.
Powrót do góry Go down

avatar


avaritia



PisanieTemat: Re: Destiny   15.02.18 20:40
Gdy człowiek żyje w nocy, dzień staje się porą spania. Dlatego teraz, gdy zegar wybija godzinę dawno po północy, Vincent czuje się jak nowo narodzony. I tak każdej nocy, dopóki jego rytm dnia nie zostanie zburzony przez przeróżne bodźce. Gdyby tylko miasto żyło nocą tak samo jak za dnia…
Rozejrzał się po pomieszczeniu na tyle, ile mógł, po czym bez większego namysłu chwycił do połowy pustą już szklankę z drinkiem. Pomachał nią zamyślony i równie obojętnie wziął większego łyka. Odetchnął i odstawił ją z powrotem na blat, pozostawiając ją samej sobie. Wstał, poprawił mankiety koszuli, sprawdził godzinę i ruszył w kierunku znanym tylko sobie. Zerknął na przymilającą się do jakiegoś podstarzałego, na oko piędziesięcioletniego mężczyzny, tancerkę. Mrugnął do niej na przywitanie, na co ona odpowiedziała uśmiechem, zaraz po tym wracając do nakłaniania swojego klienta do kilkunastego z kolei wbicia kodu pin. Przeszedł obok nich bez większego zainteresowania, zresztą tak jak obok reszty ludzi. Nie interesowało go teraz nic poza widokiem, który wpadł mu w oczy podczas siedzenia przy barze. Nie chciał widzieć i słyszeć nikogo, dopóki nie przerwie tej błazenady. Tego czegoś, od czego stracił ochotę na dokończenie alkoholu i od czego poczuł wzbierającą się w nim irytację. Zegar tykał, tik-tak, tik-tak, a jego złość, a może raczej zazdrość, rosła z każdym kolejnym tik.
Stanął przed kanapą, uśmiechając się łagodnie. Swój wzrok przeniósł na nieznanego mu jak dotąd mężczyznę. Może być jednak pewien, że od tego dnia zapadnie mu w pamięci bardzo dokładnie.
Odchrząknął, chcąc zwrócić na siebie uwagę.
Panie Baxter, pańska żona dzwoniła. — Nie miał pojęcia, jak nazywa się ten facet ani czy ma żonę. Sądząc jednak po jego reakcji, albo zgadł, albo jest na tyle nietrzeźwy, że nie kojarzy faktów. — Pytała się o pana — dodał z większym naciskiem. — Radzę uregulować rachunek i pojawić się jak najszybciej w domu — dokończył, jednym zgrabnym ruchem odsłaniając nadgarstek i wskazując na godzinę na zegarku. — Życzę bezpiecznego powrotu. — Stuknął palcem w szybkę jeden raz, dwa razy, po czym odebrał od niego szklankę i odprowadził go wzrokiem. Nadal uśmiechnięty usiadł na kanapie, alkohol odstawiając na najbliższym stoliczku. Westchnął i odwrócił się w stronę Nansena. — Naprawdę muszę pilnować cię każdej nocy? — spytał, jednak nie oczekując na to odpowiedzi. Zlustrował go wzrokiem. — Większość osób wykorzystuje swoją przerwę na zapleczu. – Przekręcił głowę w bok, łapiąc kosmyk jego włosów i zakręcając je wokół swojego palca. — A jeśli chciałeś drinka, mogłeś przyjść z tym po prostu do mnie. — Zrobił coś w stylu nadąsanej miny i cmoknął ustami w wyrazie niezadowolenia.
Powrót do góry Go down

avatar


luxuria



PisanieTemat: Re: Destiny   15.02.18 21:18
Siedząc tak obok tego mężczyzny, uświadomił sobie, jak bardzo jednak nie obchodzi go aktualnie tego typu relacja. Nie chciało mu się już udawać, że te słowa w jakiś sposób do niego trafiają i że ma ochotę na rzeczy, do których ten zmierza. Wywrócił oczami w geście zirytowania, kiedy jego dłoń na plecach wślizgnęła się pod koszulę Nansena. Sam już nie wiedział czego chciał. Nie chciał już nawet tego alkoholu. Dostanie zaraz okresu i obrazi się na cały świat?
Westchnął, niekoniecznie z tego powodu, jakiego wyobrażał to sobie mężczyzna. Po tym spojrzał przed siebie i otworzył szerzej oczy, widząc tam Vincenta. Szybko jednak przywrócił u siebie powagę i zmarszczył brwi. Ukradkiem zerknął na mężczyznę, który naprawdę wydał się przerażony jego słowami. Westchnął ponownie, przykładając sobie dłoń do czoła. Z powrotem oparł się o kanapę, wsłuchując się w te kłamstwa swojego szefa z politowaniem i założonymi rękoma na klatce piersiowej. Jak bardzo potrafi owinąć sobie wszystkich ludzi wokół palca? Z jednej strony był mu wdzięczny, że go spławił, a z drugiej… wiedział, że na tym się nie skończy. Będzie potrzebował kogoś jeszcze, kto spławi od niego Vincenta.
Uniósł jedną brew, kiedy dosiadł się do niego. Odwrócił wzrok na jego słowa.
Nie musisz — odpowiedział od razu na jego pytanie. — Przecież cię o to nie prosiłem. — Wzruszył ramionami obojętnie. Spojrzał na niego dopiero wtedy, kiedy złapał go za kosmyk włosów. Serce podskoczyło mu do gardła, ale zignorował to uczucie, żeby zastąpić je obojętnością. Przygryzł dolną wargę, teraz wpatrując się przed siebie. Nie odrzucił jego dłoni, bo było to nawet przyjemne, ale oczywiście nie dał po sobie tego poznać. Czuł to jedynie w środku, bo jego serce i brzuch nie dawały mu o tym zapomnieć. Denerwowało go to, że ma tak za każdym razem, kiedy Vincent znajduje się bliżej. Przymknął powieki, starając się uspokoić.
Mogę robić to, co chcę. — Nadąsał się, nabierając powietrze w policzki. Spojrzał na niego ze zmarszczonymi brwiami. Miał nadzieję, że chociaż to sprawi, że jego wizerunek będzie poważniejszy i bardziej stanowczy. — Nie jestem przecież twoją własnością, nawet jeżeli tobie się tak wydaje. Powinieneś w końcu to sobie uświadomić — wytłumaczył, a na jego policzki wkradło się denerwujące ciepło. Jak źle to zabrzmi, jeżeli Nansen się przyzna, że podoba mu się wizja bycia jego własnością? Ach, niech Vincent przestanie mu mącić w głowie! — Ale drinka też czasem mógłbyś mi postawić, wiesz? — dokończył. Nie żeby tego wymagał, ale… ten mężczyzna jest kasiasty. Wcale by mu to nie zaszkodziło jakoś szczególnie, a przy okazji wspomógłby biednego studencika z problemami finansowymi.
Powrót do góry Go down

avatar


avaritia



PisanieTemat: Re: Destiny   15.02.18 22:04
Vincent ma to do siebie, że cokolwiek by nie robił, czegokolwiek by nie czuł, na jego twarzy zawsze widnieje ten sam charakterystyczny uśmiech. Teraz, wzburzony myślą, że jakiś facet dotykał Nansena swoimi brudnymi łapskami, a co więcej – sam chłopak mu na to pozwalał – nie dał tego po sobie poznać. Może możliwe było to poprzez wyczucie nastroju, jakim emanował, ale nie dzięki emocjom wypisanym na twarzy. Jego prawdziwe uczucia są w większości zarezerwowane tylko dla niego. Chociaż czasem i co do tego ma wątpliwości.
Spójrz się na mnie – aby podkreślić swoje własne myśli, pociągnął go za kosmyk włosów nieco mocniej. Przez ułamek sekundy z jego twarzy zniknął uśmiech, a pojawiło się wyczekiwanie. Spójrz się tutaj. Ręce zaczęły go świerzbić, by pomóc mu w tym osobiście i odwrócić jego twarz w swoją stronę. Nadal siedziały w nim zalążki irytacji, że Nansen pozwolił na zwrócenie na siebie czyjejś uwagi. Vincent ma to gdzieś, jeśli coś takiego dzieje się, gdy chłopak pracuje (a przynajmniej tak sobie wmawia, by zachować choć iluzję zdrowych relacji). Musi zwracać uwagę gości i wychodzi mu to aż za dobrze. Ale poza godzinami pracy czy nawet podczas przerwy, nie chce ani tego widzieć, ani o tym słyszeć.
Nazwijmy to troszczeniem się o bezpieczeństwo pracownika — odpowiedział po długiej przerwie, mając nadzieję, że to skłoni go do odwrócenia się.
W jego głowie rozbrzmiało krótkie, zaskoczone och, kiedy ten wreszcie na niego spojrzał. Rozluźnił się.
Tylko tak ci się wydaje, skomentował w myślach jego słowa o możliwości robienia rzeczy, których zachce. Uśmiechnął się pobłażliwie, widząc jego zdeterminowaną minę. Wysłuchał go bez słowa wtrącenia, jedynie, jakby chcąc zaprzeczyć jego słowom, przejeżdżając zewnętrzną stroną dłoni po jego szyi. — Nie widzę na twojej szyi obroży. — Zabrał swoją dłoń, opierając o nią głowę. — Tylko zasugerowałem, byś swoje przerwy spędzał spokojnie z dala od tych wygłodniałych oczu. — Jednocześnie robiąc również aluzję do tego, by nie pozwalał innym na tak bliski kontakt, bo to mu się naprawdę nie podoba. Na wspomnienie o drinku parsknął cicho krótkim śmiechem. Gestem dłoni przywołał do siebie przechodzącą obok nich dziewczynę w kusej spódnicy. — Negroni dla naszego skarba. I caipirinha — rzucił, po chwili odwracając od niej wzrok i przenosząc go z powrotem na Nansena. – Twój ulubiony, mam rację? — spytał, po tym siadając prosto, przed siebie i wyciągnął swoją rękę wzdłuż oparcia kanapy. Założył nogę na nogę i zawiesił wzrok na jednej z tancerek. — Dopóki tutaj pracujesz, w jakimś sensie do mnie należysz — powiedział z satysfakcją — Więc skoro przeszkadza ci taki stan rzeczy, co tutaj jeszcze robisz? — dodał, nadal nie odwracając twarzy w jego stronę.
Powrót do góry Go down

avatar


luxuria



PisanieTemat: Re: Destiny   15.02.18 22:26
Troszczenie się o bezpieczeństwo pracownika…
Wywrócił oczami. No tak. Tym mógł usprawiedliwić całe swoje zachowanie, w tym niecodzienne dotykanie Nansena. Oczywiście, że chodziło tylko o bezpieczeństwo, o cóż by innego? To też wcale nie to, że Vincent po prostu chce mieć go tylko dla siebie i dla nikogo innego. Do tego również się nie przyzna, nawet przed samym sobą, że w pewnym sensie takie zachowanie było ekscytujące… Zawsze coś nowego, innego. Z czymś takim jeszcze się nie spotkał. Nikt dotąd aż tak bardzo nie starał się o jego uwagę, o każde jego spojrzenie i każde jego słowo. Westchnął bezradnie. I co on miał z nim zrobić…?
Przeszły go przyjemne dreszcze, kiedy dotknął jego szyi. Spojrzał na niego kątem oka, aby po chwili sztywno spojrzeć przed siebie. On… powinien się uspokoić. Zapanować nad swoimi emocjami. Odchrząknął, chcąc w ten sposób przywrócić siebie do porządku.
Nie wydaje mi się, żebym był w stanie odgonić się od tych "wygłodniałych oczu". — Spojrzał na niego. — Twoje niczym się od nich nie różnią — powiedział, podnosząc jedną brew do góry. — Rozumiem, że to już jest w porządku? — Odwrócił wzrok, bo z powodów znanych tylko samemu sobie, wolał nie utrzymywać z nim jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego. Zmarszczył brwi, kiedy mężczyzna z czegoś się zaśmiał. Zignorował fakt, że nazwał go skarbem i zamiast tego zwrócił uwagę, że zamówił jego ulubionego drinka…
Skąd możesz wiedzieć, jaki alkohol lubię? — Obdarował go podejrzliwym spojrzeniem, nie wiedząc w jaki sposób powinien to odebrać. Zauważył jednak, że ten już nie patrzył na niego… a na kogoś innego. Przygryzł dolną wargę. Na jego pytanie otworzył szerzej oczy. To było bardziej skomplikowane, niż mu się mogło wydawać. Westchnął. Naprawdę nie chciał go o tym informować. Nie jego.
Dotknął palcem jego brody i pociągnął ją w swoją stronę, żeby ten znów patrzył tylko na niego.
Dawno by mnie tu nie było — zaczął, zabierając swoją dłoń. Pomasował się nią po szyi, chcąc jakoś przekonać się do kontynuacji wypowiedzi. — …ale mam dług. Spory dług. — Spojrzał się w sufit. Jak tak o tym pomyśli… Cały czas żałował swojej decyzji i miał dosyć sytuacji, w jakiej się znalazł. Gdyby nie to, to normalnie mógłby skupić się na nauce, bez żadnej dodatkowej pracy po nocach, nawet jeżeli sprawia mu to swojego rodzaju satysfakcję. — Wiesz, że jestem studentem. Nie znajdę innej pracy, w której dobrze by mi płacili. Jesteś moją ostatnią deską ratunku, więc… — Spojrzał na niego i przełknął ciężej ślinę. Uciął wypowiedź w tym momencie, po tym kręcąc głową w akcie zrezygnowania. — Po prostu muszę tu pracować. Nie myśl sobie, że to ty jesteś rzeczą, która mnie tu przetrzymuje. — Naprostował sytuację, mając nadzieję, że w ten sposób wyciągnie Vincenta z wszelkich niemożliwych fantazji, związanych z nim samym i Nansenem. Nawet jeżeli faktycznie było tak, że to ten mężczyzna jest jednym z wielu powodów, dla których tu został… to i tak nie miało żadnego znaczenia. Nie musiał o tym wiedzieć, a Nansen nie musiał go w tym uświadamiać.
Powrót do góry Go down

avatar


avaritia



PisanieTemat: Re: Destiny   15.02.18 22:45
Zaśmiał się cicho pod nosem na stwierdzenie, że jego oczy są tak samo wygłodniałe. Cóż, Vincent nie może temu zaprzeczyć. Ale mógłby go zapewnić, że w jego jest coś więcej od samego pożądania – fascynacja, chęć posiadania. Jednakże nie w takim sensie, jak posiada się partnera czy partnerkę. On chce go posiadać jako przedmiot. Zwierzątko. Chce go mieć tylko dla siebie i być pewien, że nikt inny nie będzie miał takiej samej możliwości. Wtedy tak – to by było w porządku. Teraz natomiast nie jest. Nie chce być przypisywany do tej zgrai obleśnych zboczeńców, którzy w swoim żałosnym życiu kierują się tylko jedną potrzebą. Vincent nie chce go jedynie dotykać – chce na niego patrzeć, podziwiać go i spełniać każdą najmniejszą zachciankę. Chce również, by Nansen patrzył tylko na niego i nie pozwalał nikomu innemu na chociażby przypadkowe dotknięcie. Jest czymś więcej niż samymi wygłodniałymi oczami.
Obserwuję — odpowiedział krótko, znudzonym wzrokiem ogarniając ciało tancerki. Nigdy specjalnie nie czuł pociągu, jeśli chodzi o takie widoki. Lubi oglądać piękne ciało – ale po to, by je podziwiać, zachwycać się nim. Nie aby zaspokoić swoje żądze, które zresztą nie budzą się w nim z tak błahego powodu jak nagi człowiek. A przynajmniej tak było do momentu, w którym na scenie nie pojawił się Nansen. — Tylko niech twoje myśli nie zabrną za daleko, znam ulubione drinki każdej tancerki, ty nie jesteś wyjątkiem. Nie masz się czego bać. — Zaśmiał się. Czasem miał małe, mikroskopijne wręcz wrażenie, że jego kłamstwa zabrną za daleko. Co miałyby go niby obchodzić jakieś głupie kobiety i ich upodobania? Nawet gdyby mu powiedziały, nie zapamiętałby tego. Po co mu tak bezużyteczna informacja?
Bezwładnie odwrócił swoją głowę w jego stronę, czując na brodzie nacisk palca. Przez jego twarz przemknęło krótkie zaskoczenie spowodowane takim posunięciem z jego strony, ale już chwilę później znowu widniał na niej łagodny uśmiech. I jakaś dziwna satysfakcja.
Skupił swój wzrok na jego twarzy, słuchając z zainteresowaniem, które zwiększyło się wraz ze słowem “dług”. Poprawił się na kanapie, odwracając się do niego całym ciałem. Zastanawiało go, jakiego typu jest to zadłużenie. Sądząc po jego słowach i ogólnym zachowaniu, raczej nie byle jaki kredyt w banku. Zaciekawił się jeszcze bardziej.
Ranisz mnie. — Zaśmiał się po tym, jak skończył mówić. — Mógłbyś chociaż poudawać, że mnie lubisz. Myślałem, że z szefem wypada mieć dobre stosunki. W końcu to od niego jest uzależniona nie tylko twoja pensja, ale też fakt, czy będziesz tu dalej pracował. Nie mam racji? — Ponownie oparł głowę o rękę, przyglądając mu się. Czy do czegoś dążył, zahaczając o ten temat? Tak. Do czegoś, co niekoniecznie może się spodobać Nansenowi.
Wtedy znalazła się przy nich ta sama dziewczyna, na tacy przynosząc dwa zamówione drinki. Wziął je i podał jeden chłopakowi. Zamyślony zatrzymał na chwilę na nim wzrok, patrząc na niego bez słowa.
A jeśli dam ci propozycję nie do odrzucenia? — zaczął wreszcie, szklankę opierając o kolano. — Jeśli ci powiem, że twój szef, którego tak nie lubisz, może sprawić, że twoje zmartwienia znikną? — ciągnął to, każde słowo wypowiadając z coraz większym entuzjazmem. — Przypomnijmy sobie, jak długo tu już pracujesz. Sądząc po tym i tym, jak dużo tu zarabiasz, twój dług musi być niemały… — Pokręcił głową. — Bądźmy ze sobą szczerzy – ile czasu ci zostało? Zgaduję, że za mało. Chryste, Nansen, w coś ty się wpakował? — Zaśmiał się. Nadal był ciekawy, na co poszły te pieniądze. Na studia? Na hospitalizację jakiejś bliskiej osoby?
Przybliżył się do niego, kolanem stykając się z jego.
Spłacę to — wyszeptał — Wszystko co do centa. Ściągnę z ciebie ten ciężar. Będziesz wolny. — Przybliżył usta do jego ucha, nagle się od niego odsuwając. Wyprostował się przed siebie. — No, prawie. — Wziął łyka ze szklanki, czekając, aż zacznie zadawać pytania.
Powrót do góry Go down

avatar


luxuria



PisanieTemat: Re: Destiny   15.02.18 23:21
Czasem… czasem żałował swojego stosunku do Vincenta. Za każdym razem, kiedy umyślnie go rani, ten się boi, że zaboli to za mocno i że mężczyzna w końcu straci zainteresowanie. Nansen tego nie chce… On tylko… On po prostu nie potrafi odpowiedzieć na jego uczucia. A może nawet nie chce? Tak, to jest dobre wytłumaczenie. Nie chce na nie odpowiedzieć, a to tylko dlatego, że wie, jakim on sam jest człowiekiem. Nie jest tylko i wyłącznie studencikiem z niewinnym sekrecikiem nocnym. Jest cholernym egoistą, który nie potrafi utrzymać się w stałym związku. Nie miał zamiaru tłumaczyć tego Vincentowi, bo wie, że ten tego nie zrozumie; że będzie chciał brnąć w to dalej; że podejmie się wyzwania. Problem w tym, że Nansen nie chciał się tego podejmować. Będzie jedynie korzystał z jego dotyku, jego słów i całej jego obecności. Nie potrzebuje niczego innego. A przynajmniej mu się tak wydaje. Tak naprawdę pewnie pragnie więcej, ale nie dopuszcza do siebie tej myśli. To byłoby niedorzeczne. Aż zachciało mu się śmiać z jego własnych myśli.
„…znam ulubione drinki każdej tancerki, ty nie jesteś wyjątkiem”
Prychnął na jego słowa. Trochę… go to zabolało. Odwrócił głowę w zupełnie przeciwnym kierunku. Doskonale wiedział, że patrzył też na inne tancerki. To raczej nie powinno być nic dziwnego, skoro jest właścicielem tego wszystkiego. Jednakże… Nansen chciał, żeby to na niego patrzył i żeby to jego obserwował. Co to za brednie, że zna ulubione drinki każdej tancerki? Krew nieznacznie się w nim zagotowała, ale postarał się zapanować nad tym uczuciem. Odchrząknął, zaciskając jedną dłoń w pięść.
A jakby tobie nie podobało się moje zachowanie, to przestałbyś mnie cały czas bezskutecznie podrywać i już dawno byś mnie zwolnił, żeby nie widzieć mnie na oczy. — Zmarszczył brwi, mówiąc to wszystko. Po tym przybliżył się do jego ucha, a swój głos zniżył do szeptu. — A chyba nie jesteś masochistą, Vincencie? — Odsunął się, parskając śmiechem.
Spojrzał na przyniesione napoje z nieukrywaną ciekawością. Wziął od mężczyzny swojego i od razu upił łyka. Przymknął przy tym powieki. Zachowuje się zbyt emocjonalnie, kiedy Vincent jest obok. Boże, niech ten alkohol mu w tym pomoże. Tylko niech niekoniecznie stanie się jeszcze bardziej wylewny, bo to mogłoby się źle skończyć. Z tą myślał upił kolejnego łyka drinka.
Wyostrzył swój słuch, kiedy mężczyzna ponownie się odezwał. Matko… czy nawet jego głos musi być taki hipnotyzujący? Jak on go za to nienawidził… Za te jego jasne kudły, za klasę, za zachowanie i za bycie takim wspaniałym szefem.
Po czasie przeniósł na niego zaciekawiony wzrok, a oczy otworzył szerzej. Wyczuwał w tym wszystkim podstęp, ale jak o tym wszystkim tak teraz pomyśli… to faktycznie czasu zostało mu niezbyt dużo. Nie jest nawet pewien, czy wyrobi się w terminie. Uświadomił sobie to dopiero teraz, kiedy Vincent o tym wspomniał. Podrapał się po głowie, zastanawiając się nad tym głęboko.
Zaraz, zaraz… — odezwał się w końcu, kiedy mężczyzna zajął się piciem drinka. Złapał go za kolano, które stykało się z jego. Ścisnął je delikatnie, przyglądając się Vincentowi podejrzanie. — Nawet nie muszę pytać, żeby wiedzieć, że jest w tym jakiś haczyk. — Oczywiście nie mogło być inaczej. Mężczyzna uwielbia owijać sobie biednego Nansena wokół palca, a na dobroć innych ludzi nie miał co liczyć. — Co ty będziesz z tego miał? Nie rozumiem co możesz ode mnie chcieć w zamian… — Westchnął, zakładając ręce na klatce piersiowej. Otworzył szerzej oczy, kiedy coś wpadło mu do głowy. Zmarszczył od razu brwi i spojrzał na niego, jakby ten powiedział coś niemożliwie niemiłego. — Nie wiem, co siedzi w tej twojej chorej głowie, ale postawmy sprawę jasno – prostytutki ze mnie nie zrobisz — odwiódł go od razu od tego pomysłu, chociaż nawet nie wiedział, co takiego miał na myśli. Jeżeli jednak to, czego w zamian będzie oczekiwał Vincent, okaże się znośne, to Nansen może faktycznie przystanie na jego propozycję. Pieniądze w tym momencie naprawdę mu się przydadzą, a on doskonale zdaje sobie sprawę z tego, ile pieniędzy na koncie może mieć ten mężczyzna. Aż tak nie zbiednieje, w przeciwieństwie do biednego studencika bez grosza przy duszy.
Powrót do góry Go down

avatar


avaritia



PisanieTemat: Re: Destiny   15.02.18 23:38
Postukał palcami o szklankę, zamyślając się. Z tego układu nie będzie miał zbyt wiele… tak właściwie nie będzie miał z tego nic. Żadnych pieniędzy, żadnych korzyści – tylko samą satysfakcję. Nie sądzi, by normalnie zaproponował coś tak niedorzecznego, tym bardziej kiedy nie wie, jak spory jest ten dług. Ale gdy usłyszał, że jedynie to trzyma Nansena w tym klubie… Chciał go desperacko zatrzymać. Zaniepokoił się, że jeśli okazałoby się inaczej i chłopak w rzeczywistości miałby wystarczająco dużo czasu na spłatę tego, wtedy wyfrunąłby stąd ot tak, bez pożegnania. A on nie miałby już jakiegokolwiek powodu, by się z nim kontaktować – by ciągnąć to wszystko. To coś, co Nansen nazwał podrywaniem. A chyba nie jesteś masochistą, Vincencie?
Przeszły go dreszcze na myśl, jak blisko wtedy był i jak ciepły był jego oddech, którym omiótł szyję Vincenta. Zatkało go na tyle, że nie wiedział, jak odpowiedzieć, dlatego tylko posłał mu dwuznaczne spojrzenie.
Straciłby kogoś, dla kogo przychodzi dzień w dzień do klubu. Całą swoją atrakcję. Nim go zatrudnił, pojawiał się w nim sporadycznie. Siedział jedynie pod telefonem na wypadek, gdyby coś się stało. Teraz nie wyobrażał sobie dnia bez spojrzenia na tę twarz i usłyszenia jego głosu, nawet jeśli nie zwiastował on nic miłego. Ale Vincent ma to gdzieś. Vincent się nie przejmuje. Nawet lubi tę jego pyskatą stronę. Bardzo lubi. Uwielbia. Może Nansen miał rację.
Obudził się z zamyślenia, czując dotyk na swoim kolanie. Przeniósł na niego wzrok i przechylił głowę na bok, posyłając mu uśmiech. Słuchał go, jednak większą część swojej uwagi przeznaczał na podziwianie jego twarzy i wszystkich tych ekspresji, które się na niej pojawiały. Chciał poznać każdą z nich – złość, smutek, radość, ekstazę. Nawet najmniejszy grymas. Chciał móc odróżnić jego myśli tylko i wyłącznie za pomocą jego mimiki. Chciał wiedzieć, co mu siedzi w głowie. Chciał znać każdy detal tego drobnego ciała. Po prostu wiedzieć o nim wszystko. I również to, czego wiedzieć nie powinien.
Prędzej czy później dostanie to, czego chce. Zawsze dostaje.
Zaśmiał się na stwierdzenie o prostytutce. Więc jednak uważa go za to samo zwierzę, co innych adoratorów? Zawiódł się na nim. Czy naprawdę nie wyróżnia spośród nich się niczym szczególnym? Co on tak właściwie myśli o Vincencie? Kim jest w jego oczach?
Nie — odpowiedział, mieszając drinkiem. — Patrzenie na ciebie mi wystarczy — wytłumaczył. Na razie, dodał w myślach i wziął łyka. Zastanowił się chwilę. Po tym znowu na niego spojrzał. — Ale nie lubię na ciebie patrzeć, gdy jesteś w towarzystwie tych świń — powiedział poważniej, ponownie przechylając szklankę ku swoim ustom. — Dlatego chcę jedynie, by to dobiegło końca. Przestań z nimi rozmawiać. Uśmiechać się do nich. Przychodź tutaj tylko dla mnie — zaczął wymieniać, wygodniej opierając się plecami o kanapę i przyglądając się szklance. — Bądź do mojej dyspozycji. Tylko do mojej. Rozumiesz? — Zerknął na niego. — Wszystko to, dopóki nie powiem “dość”. — Jego twarz nie wykrzywiała się już w uśmiechu. Był śmiertelnie poważny. Odwrócił się do niego. — Jeśli taki układ ci nie odpowiada, możesz stąd wyjść i już nigdy nie wracać. — Wie, że nie odmówi. Nie ma wyboru. Wykorzystał jego słabość i stworzył z niej okazję. Schwytał coś, co wydawało się dla niego nieuchwytne. — Więc jak? Moje towarzystwo czy jedna nerka mniej? — Uśmiechnął się groteskowo, zdając sobie sprawę z tego, że może go znienawidzić. Ale – jak to się mówi – czas leczy rany.
Powrót do góry Go down

avatar


luxuria



PisanieTemat: Re: Destiny   16.02.18 1:28
Teraz jego myśli były przepełnione propozycją Vincenta. Nie rozumiał, czemu chciał wykazać się taką dobrocią względem niego. Na pewno musiał mieć z tego jakiś duży zysk, ale Nansenowi na ten moment nic nie przychodziło do głowy. Z Vincentem wszystko było możliwe. Dlatego przyglądał mu się podejrzanie. Miał nadzieję, że naprawdę nie miał na myśli sprzedawania mu swojego ciała. Co prawda był nim zauroczony, ale… nie chciał robić z nim tego za pieniądze. Może kiedyś… później, kiedy przekona się do tego, ale nie miał zamiaru brać za to pieniędzy. Jak już to… robiłby z nim to kiedyś z miłości. Ach! Czemu nagle zastanawia się nad rzeczami tego typu? Pokręcił głową, chcąc odpędzić się od myśli tego typu. Nie powinien. To złe. Nie zrobią nigdy czegoś podobnego.
Podniósł jedną brew do góry, kiedy usłyszał, że nie o to mu chodzi. Po tym zarumienił się lekko, gdy usłyszał, że patrzenie mu wystarczy. Niby doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Vincent mu się przypatruje, w końcu taka jest jego rola, ale kiedy mówi o tym tak spokojnie i spontanicznie… W takiej sytuacji brzmiało to zupełnie inaczej. Skrzywił się i odwrócił głowę, żeby ten nie musiał widzieć reakcji na jego słowa. Zmarszczył jednak brwi, gdy kontynuował. Spojrzał na niego z niedowierzaniem. Z jakiegoś powodu wydało mu się to miłe… Zazdrosny Vincent. Uśmiechnął się delikatnie. Podobało mu się to, że tak bardzo mu na nim zależy. Zresztą, pewnie sam Nansen zachowałby się podobnie, gdyby chodziło o Vincenta. Ach… czasem było mu źle z tym, że kryje swoje prawdziwe uczucia i karmi mężczyznę takimi kłamstwami, związanymi z jego podejściem do niego. Przecież tak naprawdę wcale go nienawidził. Kiedy w końcu mu to wyzna? Chyba na razie nie potrafił i przez bardzo długi czas się do tego nie przekona.
„Jeśli taki układ ci nie odpowiada, możesz stąd wyjść i już nigdy nie wracać.”
Otworzył szeroko oczy. Przecież…
Przecież to sytuacja bez wyjścia! Stawiasz mnie w takiej sytuacji… — zaczął, gdy w końcu wszystko do niego dotarło. Więc ma być jego własnością? Ma należeć tylko do niego? Co prawda brzmiało to ekscytująco, ale obawiał się, że jeżeli będzie miał do dyspozycji tylko Vincenta… to stanie się za bardzo wylewny, w końcu nie wytrzyma i opowie mu o swoich uczuciach względem niego. Przetarł twarz ręką. — Przecież nie mogę odmówić… — Westchnął ciężko. Opadł bezwładnie plecami na oparcie kanapy. W co on się wpakował? Po co on w ogóle mu wspominał o tym cholernym długu? Mógł się domyślić, że będzie chciał to wykorzystać. — Cwany jesteś… — Zaśmiał się, spoglądając na niego. …dlatego tak bardzo ci się podoba. Tak, podobało mu się to. Doskonale potrafił o siebie zadbać. Jego słowo zawsze jest ostatecznym i to on ustala zasady. Przymknął oczy, żeby opanować siebie w środku, to znaczy – swoje serce, żołądek i gardło. Przełknął ciężej ślinę i spojrzał na niego. Uśmiechnął się delikatnie. — Wystarczyło powiedzieć wprost, że jesteś o mnie zazdrosny… — Przybliżył się do niego, żeby nagle zacząć mu to wszystko zmysłowo szeptać do ucha. Przejechał dłonią po jego ręce. — …zamiast zasłaniać się bezpieczeństwem pracownika. — Położył dłoń na jego policzku i odwrócił jego twarz w swoją stronę, żeby spojrzeć mu w oczy. Zarumienił się przez to, że jest tak blisko niego, ale… chciał mu pokazać. Pokazać, że Nansen nie jest wcale taki niewinny; że nie tylko Vincent tutaj rządzi. — Wiem przecież, że mnie obserwujesz. — Pogłaskał go po policzku. — Nieładnie tak, Vincencie — dokończył, odwracając jego twarz w bok, żeby mieć przed sobą jego polik. Cmoknął go w niego i się oddalił, jak gdyby nigdy nic. Zerknął tylko na jego reakcję, a potem odwrócił wzrok. Odchrząknął. Reakcje Nansena na to wszystko tym bardziej nie były zbyt normalne. Szybsze bicie serca, przyśpieszony oddech i z pewnością wypieki na twarzy… Odetchnął, kiedy już nie musiał znajdować się tak blisko niego. — Nie mam innego wyjścia. Ale możesz jeszcze tego pożałować. — Uśmiechnął się i upił łyka ze swojej szklanki.
Powrót do góry Go down

avatar


avaritia



PisanieTemat: Re: Destiny   17.02.18 17:41
Czy był za bardzo pewny siebie? Zapewne tak. Ogromnie by się zdziwił, gdyby usłyszał odmowę z jego strony. Jego mózg zatrzymałby się na chwilę, widząc, jak chłopak wychodzi i zostawia go z odrzuconą, wydawać by się mogło, propozycją nie do odrzucenia. Jednakże jego umysł nie dopuszczał do siebie tej myśli. Był pewien w stu procentach, jak będzie brzmiała odpowiedź. Tylko dlatego, że miał do czynienia z Nansenem – z chłopakiem, który pomimo swojego dystansu do Vincenta, rumienił się w jego obecności; który choć stara się go upewnić, że nie potrzebuje jego uwagi, nieszczególnie zmierza do spławienia go.
Mimo wszystko spodziewał się jakiejś ostrzejszej reakcji. Nie żeby się zawiódł, ale pogodził się z tym dość szybko. Gdzie wybuch gniewu? Gdzie wylanie mu drinka na twarz? Czy może propozycja Vincenta po prostu tak bardzo mu odpowiadała? Bycie jego własnością na nieokreślony okres czasu… Gdzie jego pazurki? Mógłby chociaż zawalczyć. Targować się. Wtedy może by jeszcze uwierzył, że mu się to nie podoba.
Spojrzał na niego badawczo, swoje wykrzywione w podejrzanym uśmiechu usta zasłaniając za szklanką.
Możesz — rzucił, odstawiając drinka spod ust. — Ale to by było bardzo głupie i nieodpowiedzialne z twojej strony. — Westchnął i wziął łyka, dyskretnie na niego zerkając. Nadal nic. Żadnego sprzeciwu – tylko pogodzenie się z losem. A może po prostu nie był pewien, co kryło się pod jego słowami? Nie rozumie. Nie wie, co ma o tym myśleć. Najwidoczniej Nansen zaskoczy go jeszcze niejeden raz – i na to miał właśnie szczerą nadzieję.
Zaśmiał się cicho na stwierdzenie, że jest cwany. Podniósł jedną brew do góry, zadowolony z jego słów. Nie lubi się przechwalać, ale… Dobra, lubi. Cholernie lubi. A takie rzeczy jedynie łechtają jego dumę. Komplementy to chyba jeden ze sposobów, by uśpić jego czujność. Miał jednak nadzieję, że nie dał tego po sobie za bardzo znać.
Już podnosił szklankę do ust, kiedy ten nagle się do niego przysunął. Najpierw spojrzał na niego kątem oka, tylko przykładając naczynie do warg. Ostatecznie nie skosztował alkoholu i odstawił rękę na bok, chcąc odwrócić twarz w jego stronę, ale wtedy on zrobił to za niego. Zamrugał raz, dwa razy. Jego słowa i ta nagła pewność siebie sprawiły, że poczuł pewną dezorientację, ale gdy zauważył na jego twarzy wypieki… Uśmiechnął się tylko niczym na widok małego dziecka.
Więc mówisz, że wtedy nie musiałbym cię nawet szantażować? — spytał, zawzięcie wpatrując się w jego twarz. — Oczywiście — Sam przybliżył się do niego jeszcze bardziej. – Jak każdego tutaj, pszczółko — dopowiedział, kręcąc głową. Fakt faktem, swoją uwagę skupia częściej i dłużej na Nansenie, ale nie chciał, by cała prawda od razu wyszła na jaw. Poza tym, niech chłopak nie czuje się aż tak pewnie.
Zacisnął swoje palce na szklance, kiedy poczuł na swoim policzku pocałunek. Przez chwilę wpatrywał się przed siebie, zaczepiając wzrok na jakimś punkcie.
Teraz zaczął się zastanawiać, czy to aby na pewno on złożył mu tę propozycję. Uśmiechnął się zadowolony i wziął łyka. To prawdopodobnie będzie ciekawsze, niż na początku przypuszczał.
Jedyne czego żałuję to tego, że nie wyszedłem z tą propozycją wcześniej — stwierdził, biorąc kolejnego łyka i nadal na niego nie spoglądając. Po tym odetchnął, spojrzał na zegarek i wstał. — No cóż, na mnie już czas. Naprawdę miło się z tobą rozmawiało. — Posłał mu uśmiech i stanął przed nim, by przeczesać palcami jego włosy. Wpatrywał się w niego przez chwilę bez słowa, po czym zabrał rękę. — Bądź jutro przed moim domem o dziewiętnastej. Omówimy wszystko bardziej… konkretnie. — Mrugnął do niego i odwrócił się na pięcie, omijając kanapę i znikając w tłumie.

[ z/t ]
Powrót do góry Go down

avatar


luxuria



PisanieTemat: Re: Destiny   17.02.18 19:02
Obawiał się bliskości Vincenta. Obawiał się tego, w jaki sposób może reagować na niego jego ciało, a on sam nie będzie w stanie nad tym zapanować. Nie chciał mu ulec, a jednak miał problem z tym, żeby powstrzymać go od niepotrzebnych zbliżeń. Nie był w stanie powstrzymać nawet samego siebie. Prawda jest taka, że ten mężczyzna jest za bardzo uzależniający. Każdy spragniony dotyk zapowiadał tylko kolejny, jeszcze bardziej spragniony od poprzedniego. Czasami zastanawiał się nad tym, jakby to było, gdyby w końcu przyznał przed nim, że jest w nim cholernie zauroczony, ale… Jeżeli znajdywał jakieś plusy, to zaraz pojawiało się dwa razy więcej minusów. Naprawdę nie wiedział, co ma z tym wszystkim zrobić. Najchętniej zaczerpnąłby u kogoś porady, ale… u kogo? Nie miał przecież nikogo takiego, poza tym to głupie. Nie jest już durnym nastolatkiem, który nie wie, jak poradzić sobie ze skrytą miłością, którą mija się codziennie na korytarzu szkolnym. Najchętniej tak po prostu by odszedł i zostawił Vincenta samemu sobie, a on w końcu uwolniłby się od swoich uczuć, ale przecież wcale nie chciał go stracić. Cały czas chciał go mieć przy swoim boku, choćby nie wiadomo co. Zależało mu na nim… za bardzo. Czuł się taki zagubiony… A teraz dodatkowo ta sytuacja z długiem i należeniem do Vincenta – od tego wszystkiego zaczęła boleć go głowa.
Dzisiejszy dzień zapamięta bardzo dokładnie. Dokładnie zapamięta to, jak Vincent dzisiaj na niego patrzył, jak blisko znalazł się jego twarzy i jak delikatny okazał się jego policzek. A to wszystko podkreślał drażniący nozdrza zapach alkoholu, który jednak jest równie uzależniający, co sam mężczyzna. Pójście do tej pracy nie zwiastowało niczego podobnego. Dlaczego więc sprawy potoczyły się w ten sposób? Nansen z natury jest niemożliwe kochliwy i naprawdę bardzo łatwo mu zaimponować, ale miał wrażenie, że to z Vincentem to zupełnie co innego. To nie było coś przelotnego, co można zignorować. Tym razem to uczucie było zbyt silne i dlatego właśnie nie miał żadnego pojęcia o tym, jak sobie z nim poradzić.
„Oczywiście. Jak każdego tutaj, pszczółko.”
Nie, wcale nie. Mężczyzna doskonale wiedział, że nie to miał na myśli Nansen. Z pewnością nie tylko on zauważył, że to tylko jego obdarowuje wyjątkowo dużą uwagą. Czy o innych martwi się tak samo, jak o niego? Innym też proponuje spłatę długu, w zamian za towarzystwo? O innych też jest tak cholernie zazdrosny, że przegania ich adoratorów? Tego Nansen do tej pory nie zauważył, a on sam przygląda się Vincentowi bardzo uważnie. Zauważyłby to. Zauważyłby to i sama jego zazdrość przez bardzo długi czas nie pozwoliłaby mu o tym zapomnieć. A jednak mu tego oszczędził. Tylko nim przejmuje się w tak duży sposób i traktuje go tak, jakby był z porcelany i jakby w każdym momencie mógł zakochać się w jakimkolwiek kliencie, który poświęcił mu choć trochę uwagi, a po tym miałby uciec razem z nim z dala od Vincenta. Uśmiechnął się na samą tę myśl. Problem w tym, że takie zachowanie wcale nie pomagało mu w przyćmiewaniu swoich uczuć względem niego.
Z zamyślenia ocknął się dopiero wtedy, kiedy mężczyzna stał tuż nad nim i poczochrał go po włosach. Spojrzał na niego nieco przerażony, bo zupełnie się tego nie spodziewał. Obdarował go zimnym spojrzeniem, mówiącym „zrobisz to jeszcze raz, a pożałujesz” (chociaż w rzeczywistości wcale tak nie myślał, co było rzeczą oczywistą) a potem spojrzał na niego zaskoczony. Mrugnął parę razy, przetwarzając otrzymane informacje. On… chce Nansena u siebie w domu? Będą sami?
Gdy mężczyzna już poszedł, chłopak schował płonącą twarz w swoich dłoniach. Westchnął ciężko. Cóż… sam wyraziłeś na to swoją zgodę. Tak, to prawda, ale… sytuacja wygląda zupełnie inaczej, kiedy o tym wszystkim myśli dopiero teraz. Rozchylił palce, żeby spojrzeć na świat przez malutkie szczeliny.
Właśnie rzuciłeś się na pożarcie lwom, Nansen.
Jeżeli od teraz będzie częściej przebywał na osobności z Vincentem… Nie, nawet nie chciał nad tym myśleć.
Zabrał ręce ze swojej twarzy i siedział jeszcze tak przez chwilę, zastanawiając się nad tym, co dzisiaj miało miejsce. Więc jest od teraz jego własnością? Parsknął cicho śmiechem. To wszystko było absurdalne.

[ z/t ]
Powrót do góry Go down

avatar


avaritia



PisanieTemat: Re: Destiny   24.02.18 2:32
Zabierz mi te zasrane papiery sprzed twarzy — wycedził ostro w stronę niewinnego pracownika, biednego Emmanuela, który w połowie przestraszony, a w drugiej połowie zirytowany podejściem własnego szefa, dostosował się do jego zaleceń i lekkim, przepełnionym jednak zawiścią ruchem zabrał mu te zasrane papiery z biurka. Czasem miał ochotę rzucić mu nimi prosto w twarz, bo wszystko, co dostaje za swoją ciężką pracę, to nienawiść i arogancja. To nie jego wina, że wieści, które mu przynosi, zazwyczaj bywają złe. — A teraz zejdź mi z oczu. — Obrócił się na swoim krześle w stronę okna i pomasował po karku. Był spięty. Tak kurewsko spięty, że miał najszczerszą ochotę wycelować lufą w każdą chociażby za głośno oddychającą osobę, w każdego poruszającego się i po prostu istniejącego człowieka. Problem w tym, że tej lufy nie miał.
Zgrzyt zamykanych drzwi.
A teraz ani jakiejkolwiek osoby, z którą mógłby poradzić sobie gołymi dłońmi.
Westchnął i strzelił karkiem. Odgłos chrupnięcia rozniósł się po pomieszczeniu.
Miał dość na dzisiaj liter, cyfer, każdego z klientów, pracowników, każdego zwierzęcia, miał dość unoszącego się w tym miejscu zapachu ludzkich ciał i duszącego alkoholu. Sam nie wierzył, że to mówi, ale dzisiaj po prostu miał dość tego miejsca. Przyprawiało go o ból głowy, o tę szaleńczą chęć rozwalenia czegoś, wyżycia się na kimś. Może taka jego natura. A może był to jeden z tych słabszych dni, kiedy nawał spraw na głowie zaczynał go przytłaczać, gdy nie mógł pogodzić jednego z drugim, rozdwoić się i być w dwóch miejscach na raz, by wszystko poszło ładnie, pięknie, gładko.
Przymknął oczy i spróbował wyciszyć. Jego oddech stawał się spokojniejszy, miarowy.
Policja znowu zaczyna węszyć. Dziewczyny zaczęły donosić mu o mężczyznach, którzy zachowywali się podejrzanie i zupełnie nie w klimacie tego miejsca. Mówiły, że zadawali różne pytania, niby to obojętnie, niby bez ciekawości, niby pytali jak każdy inny, ale niepewnie, jakby to od nas chcieli usłyszeć, że idą w dobrym kierunku; jakby pytali, ale jakbyśmy to my mówiły. Vincent, co mamy robić?
Klatka piersiowa, zamiast spowolnić, zaczęła poruszać mu się coraz szybciej.
Vincent, co powinieneś zrobić?
To co zwykle — wymamrotał, kołysząc się na fotelu. — Przypomnieć im, z kim mają do czynienia — prychnął cichym śmiechem, ale po chwili mina mu zrzedła. Przetarł powieki. Był zmęczony. Spięty, zmęczony, sfrustrowany, tak kurewsko zdenerwowany.
Niegdyś, gdy ojciec powiedział mu, że czas to pieniądz, Vincent powiedział jedno: w takim razie musisz bardzo mało spać, tato, skoro masz ich tyle. A potem spytał, rozentuzjazmowany: czy ja też nie będę mógł spać? Na co ojciec odpowiedział: Tak, Vincent, w naszej rodzinie nikt nigdy nie śpi. Dlatego że czas to pieniądz.
Wtedy jeszcze nie wiedział, jak dosłowne to było.
Powrót do góry Go down

avatar


ira



PisanieTemat: Re: Destiny   24.02.18 10:35
Jeśli myślałem, że naprawdę będę miał w pełni wolny weekend, to dałem się nieźle zrobić w balona. Nie było jeszcze południa, gdy w sobotę dostałem cynk o sprawie, którą według szefa mógłbym zająć się tylko ja i nikt inny. Dobrze wiedziałem, co to znaczy - że zostanę wrzucony w jakieś gówno, pewnie na drugim końcu miasta, gdzie trzeba będzie zamknąć jakiegoś dilera czy coś. Gówno, po którym można zostać ostro rannym albo zaginąć na pół roku. Szef miał trochę racji, jeśli sądził, że nadaję się do zadań specjalnych, ale bywały momenty, kiedy jednak wolałbym wynudzić się w mieszkaniu. Jedynym plusem było na ten moment to, że dzięki jakiemuś solidnemu zajęciu mogłem zapomnieć o Sorenie. Chociaż tyle.
Jeden z naszych wywiadowców, słabych bo słabych, ale jednak, zwrócił uwagę na jakieś nieprawidłowości przy sprawdzaniu przez sanepid czy coś takiego jednego z lepszych lokali w mieście. Od początku mi to śmierdziało. Wiadomo, że akurat w tej naszej neonowej metropolii co druga spółka działała postawiona na grzesznych fundamentach, ale kiedy zacząłem przeglądać zebrane jak dotąd akta tej konkretnej sprawy, zaraz dotarło do mnie, że to jednak jakaś grubsza sprawa. Rzecz w tym, że akurat ten jeden klub - Destiny zresztą, striptiz, takie miejsca nigdy nie potrafią być w pełni legalne - był w tym mieście od dawna. Od wieków. Po cichu mówiło się o tym, jakie dobre są tam dupy, jeszcze zanim na dobre zadomowiłem się w Vegas. To było imperium. A ja, no cóż, wyglądało na to, że miałem właśnie za zadanie zabawić się w rewolucjonistę.
Zostawiłem to na niedzielny wieczór, bo wiedziałem, że w weekend będzie tam po prostu więcej ludzi. Pozbierałem te materiały, które już mieliśmy, pogrzebałem trochę w aktach. Niepokoiła mnie przede wszystkim ilość pustych kart w tym wszystkim. Nikt nie jest tak czysty, jak ten właściciel. Każdy ma coś na sumieniu. Czyste karty zawsze oznaczają szachrajstwo.
Do klubu wybrałem się spacerem, a na miejscu aż zaniepokoiło mnie, jak bardzo pasuję do tego miejsca. Może to przez mój ogólny wygląd, a może przez cywilne ciuchy, na które dzisiaj postawiłem. Tak czy inaczej, czarna koszula i marynarka z podwiniętymi rękawami zdała egzamin i zdawałaby go również, gdyby doszło przypadkiem do jakiejś potyczki. Odpukać.
Własnymi metodami dostałem się najpierw na tyły budynku, wybadałem co chciałem, a potem dostałem się pod same drzwi szefa tego całego syfu, bo trudno byłoby nazwać to inaczej. Byłem sprytny, na tyle sprytny, żeby jakiś jego zakłopotany urzędas nawet chciał mnie zaanonsować. Nie było takiej potrzeby.
Zapukałem dwa razy, jakby dla jakiejś głupiej zasady i od razu wszedłem do gabinetu. Koleś, który odwrócił się w moją stronę, był jednak młodszy, niż go sobie wyobrażałem, nawet jeśli znałem jego dane. A może tylko tak wyglądał.
- Byłoby dobrze, żeby nikt nam nie przeszkodził - odezwałem się zamiast powitania, wskazując drzwi ruchem głowy. Zanim zdążył wkurwić się tak, jak wskazywało na to napięcie jego twarzy, wyciągnąłem odznakę z wewnętrznej kieszeni marynarki. Złota gwiazda z niebieskim ornamentem błysnęła nieprzyjaźnie, póki co to była jedyna broń, jakiej chciałem użyć.
- Siadaj, kolego. Porozmawiamy sobie, co? Mamy chyba dużo do omówienia, naprawdę dużo. Koniec gry, cwaniaczku.
Powrót do góry Go down

avatar


avaritia



PisanieTemat: Re: Destiny   24.02.18 13:31
Czasem brzmi to jak przekleństwo.
Oparł się wygodnie plecami o krzesło, a całą swoją posturę opuścił w dół. Zakręcił się w lewo, w prawo, znowu w lewo, potem znowu w prawo, aż w końcu zatrzymał się i zaśmiał cicho z powodu znanego tylko sobie. Postukał palcami o podłokietnik.
Gdyby nie to przekleństwo (szaleństwo, jak nazywał to jego ukochany brat, według niektórych zakała tej rodziny), nie byłoby go tutaj. Nie siedziałby na tym fotelu, nie byłby w tym pomieszczeniu, a już na pewno nie byłby właścicielem tego miejsca, nie miałby tylu zer na koncie, jego nazwisko nie miałoby znaczenia. Gdyby nie ono, byłby nikim. To właśnie temu przekleństwu, wycieńczającemu do ostatnich sił czy nie, może podziękować za to wszystko. Jego rodzina zawarła pakt z diabłem o imieniu Pieniądz, a on pakt ten musi ciągnąć dalej, tę rodzinną tradycję, być mu posłuszny i gdy ktoś podłoży mu kłody pod nogi… brać je do ręki i odrzucić ze zdwojoną siłą.
I’m gonna spend a lot of money. — Zakręcił się na krześle w stronę drzwi. Chwycił za leżący na biurku kalendarz. — House built for two — mówił cicho, melodyjnie. W głowie miał teraz myśli o tylko jednej osobie: Nansenie. — A cottage in the country. — Zostało kilka dni. Potem będzie jego. Tylko jego. — For just me and you. — Uśmiechnął się pod nosem i rzucił tekturą z powrotem na deskę. Drzwi nagle się otworzyły. Spojrzał na nie od niechcenia i z pogardą, już szykując kolejną dawkę przekleństw, ale nie wszedł przez nie żaden pracownik, żaden Emmanuel z ponowną próbą wciśnięcia mu dokumentów. Wszedł jakiś napakowany do czubka głowy goryl, człowiek, którego widział po raz pierwszy w życiu. Zamiast jednak zastanawiać się, kim jest, w głowie rozbrzmiewało mu jedno pytanie: kto go tu wpuścił, do cholery?
Z obojętnością wypisaną na twarzy obdarował jego odznakę krótkim spojrzeniem, nie interesując się nią więcej, jakby była jakimś śmieciem, czymś tak samo ważnym jak psie gówno, które omijasz bez większej uwagi, a które jednak pozostawia w tobie cząstkę obrzydzenia. Uśmiechnął się niby to przyjaźnie, gościnnie. Jeśli myślał, że go to przestraszy, musiał być niesamowicie naiwny. Przerabiał to już tysiące razy. Od dekady próbują zamknąć jego, jak i cały ten interes – z marnym skutkiem.
Na kolejne słowa mężczyzny zareagował szerszym uśmiechem. Rozłożył ramiona.
Siedzę, panie władzo. — Wzruszył ramionami.
Gdy już przejdzie przez próg tych drzwi, będzie musiał dowiedzieć się, kto odpowiada za jego towarzystwo. Po tym będzie mógł powiedzieć do widzenia swojej posadzie.
Ale naprawdę nie rozumiem, skąd tutaj pańska obecność — powiedział luźno, jakby właśnie nie zapowiadało się na to, że będzie zamierzał mu grozić. — Byłbym więc wdzięczny za większą jasność. — Położył ręce na podłokietnikach, nie spuszczając z niego wzroku. Chciało mu się śmiać z tej ironii losu. Policja przychodzi jak na zawołanie.
Powrót do góry Go down

avatar


ira



PisanieTemat: Re: Destiny   24.02.18 13:50
Musiałem załatwić to szybko i jasno, żeby koleś przede mną nie odniósł przypadkiem wrażenia, że faktycznie ma jeszcze coś do odratowania. Po co właściwie przyszedłem? Chyba po to, żeby tylko go postraszyć. Dzisiaj nie mogłem jeszcze wsadzić typa za kratki, choć może i bardzo bym chciał, ale mogłem już sprawić, żeby przez najbliższe dni posiedział trochę w strachu, może odwołał część tych swoich nielegalnych działań, które mnie tu najbardziej interesowały, a potem dał się wciągnąć w pułapkę, kiedy w zamieszaniu powinie mu się noga i wpadnie prosto na dwa radiowozy rozstawione przed klubem. Wierzyłem, że jeśli ktoś za bardzo kombinuje z nieczystymi gierkami, to prędzej czy później musi go to zgubić - i że właśnie nadszedł czas tego gnojka.
Schowałem odznakę z powrotem na miejsce, żeby w razie czego nie robić zbędnej sensacji, a zamiast tego wyciągnąłem brązową kopertę i rzuciłem ją na biurko, tak że ślizgnęła się tuż przed twarz Lynna.
- To kopie - zastrzegłem od razu - kopie jakiejś jednej trzeciej syfu, który zaczął ostatnio wypływać w sprawie tego waszego lokalu. Przychodzę z ostrzeżeniem, Lynn, rozumiesz? Mamy na ciebie tyle dowodów, że jakbym chciał, to już siedziałbyś tutaj skuty.
Zapukałem knykciami w biurko, nachylając się do niego bardziej. Był twardy, widziałem to już po jego oczach, ale każdego człowieka da się złamać. Tych będących najwyżej może najłatwiej, a i upadek z większej wysokości bardziej obija nawet najtwardszą dupę. Ściągnąłem brwi.
- Sypie ci się to wszystko - mruknął po chwili. - Jakiś typ próbował opchnąć mi koks przy barze. Rozumiesz? To bez sensu, żebyś nawet próbował się bronić. Szykuj się na zwijanie manatków, Lynn.
Może to było nierozsądne z mojej strony, zdecydowanie było. Ostatecznie szef kazał tylko, żebym solidnie rozejrzał się tu na miejscu i dowiedział czego tylko da się dowiedzieć, ale ja nie byłbym sobą, gdybym nie zadziałał od razu. Chciałem, żeby ten cwaniak poczuł się jak w klatce z lwami. Żeby miał świadomość, że od teraz każdy jego krok będzie obserwowany i że tym razem nie ucieknie. Nie mi. Odsunąłem się kawałek, zakładając ręce na piersi.
Powrót do góry Go down

avatar


avaritia



PisanieTemat: Re: Destiny   24.02.18 15:41
Powoli zaczynało go to już szczerze nudzić. Nie chciało mu się słuchać tych oskarżeń, tego mieszania go z błotem, ile można? Przechodził już przez kilka takich rozmów. Siedział tam, gdzie siedzi, a policja stała tam, gdzie stoi teraz. Jedne z tak bliskich spotkań były milsze, drugie już nie, ale każde z nich kończyło się tak samo. Nawet jeśli mieli czyste serca, nawet jeśli naprawdę chcieli skuć jego brudne interesy i wrzucić za kraty, by tam właśnie zajęli się nim tak jak powinno, za każdym razem albo oni, albo ktoś wyżej ulegał tej presji, jaką są pieniądze. Bo za nie można kupić wszystko, nawet ludzką godność i honor. Świat Vincenta działał właśnie w ten sposób – i nigdy, przenigdy się na nim nie zawiódł. To właśnie daje mu pewność, że jest to jedyna droga, by cokolwiek osiągnąć. Ci, którzy jeszcze w to nie wierzą, powinni zacząć.
Na rzuconą przed niego kopertę spojrzał z tym samym uśmiechem. Nie chciało mu się po nią nawet sięgać, dobrze wiedział, co może tam zobaczyć – ale zrobił to, by choć sprawiać jakieś pozory zainteresowania tymi niesprawiedliwymi oskarżeniami. Słuchając mężczyzny, otwierał ją i powoli wyjął z niej jakiś papierek. Przyjrzał mu się, niby go czytając. Podniósł swój wzrok na glinę, gdy zagroził mu skuciem. Uśmiechnął się z politowaniem. Nie sądzę.
Niestety cokolwiek, co jest tu zawarte, nie ma nic wspólnego ze mną — powiedział i odłożył kopertę na biurko. Usiadł wygodniej i przyjrzał mu się nieco uważniej. — My się tutaj tylko bawimy, oficerze. Zabawa chyba nie jest jeszcze przestępstwem? — Pochylił głowę w bok i założył nogę na nogę. Mimo to słuchał go dalej, choć myślami zaczynał odbiegać gdzie indziej. Jakikolwiek instynkt samozachowawczy był u niego… Po prostu nie istniał, nie oszukujmy się chociaż w tym.
Pobujał się krzesłem delikatnie na boki. Czasem był zbyt pewny siebie i być może to właśnie ta pewność zwali go z podium, wprost do najczarniejszych z otchłani, ale nie przejmował się tym. Wszystko działało sprawnie. Miał nazwisko. Miał pieniądze. Przykrywkę. Dużo rzeczy, o których nie wiedziała policja. Pójście z nim na pobojowisko to jak samobójstwo.
Doprawdy… — rzucił z niedowierzaniem na wspomnienie o incydencie przy barze. Niedowierzanie to kontrastowało z jego pobłażliwym uśmiechem.
Odkąd doszły go słuchy o tych dziwnych ludziach, Vincent, zawsze się tak rozglądają, jakby czegoś szukali, węszą jak psy, nawet nie wiesz, jak im się wtedy oczy świecą, zażądał od pracowników większej ostrożności. Nawet najbardziej naiwny z nich wie, że zasugerowanie nowym, niezaufanym klientom specjalnego menu jest niedopuszczalne. Nie zatrudnia idiotów, którzy mogliby zniszczyć całą jego pracę jednym głupim pytaniem.
Westchnął i spojrzał na okno.
Cóż, skoro tak wygląda sytuacja… wszystkie te dowody, ta domniemana próba sprzedaży jakichś nielegalnych rzeczy, która obeszła się bez echa od samego stróża prawa… Wtedy chyba nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na mojego adwokata? — spytał, odwracając się z powrotem w stronę mężczyzny. — Ponadto — zaczął od nowa. Wstał. — Przepraszam za moją wścibskość, ale czy jest pan na służbie? Może po prostu z tego powodu nie mógł pan zareagować na sprzedaż narkotyków? Widziałem pańską odznakę, ale nie widzę żadnego munduru. Jest pan zwykłym policjantem, prawda? To chyba do czegoś zobowiązuje? Proszę sprostować, jeśli się mylę, nie jestem w tej dziedzinie ekspertem, ale… — Uśmiechał się, mówiąc to wszystko bez żadnego zawahania.  — Czy w tej chwili nie mógłbym oskarżyć cię o wtargnięcie? Musiałeś nieźle nakombinować, by wejść tutaj niezauważony — powiedział, porzucając jakiekolwiek formalności.
Powrót do góry Go down

avatar


ira



PisanieTemat: Re: Destiny   24.02.18 20:03
Tak, miałem ochotę odpowiedzieć. Siedź tu, męcz się, czekaj na adwokata i uważaj, żebyś nie zrobił choćby jednego złego kroku, bo jesteś już na moim celowniku. Takich gości nie lubiłem chyba najbardziej. Wierzyli, że cały świat leży u ich stóp, bo mają pieniądze i znajomości. Takich najtrudniej było złamać, ale złamani stawali się nagle najżałośniejsi, zagubieni i przykrzy bez swoich wielkich imperiów. Królowie w papierowych koronach. W tym widziałem kolejnego takiego człowieka, w dodatku byłem przekonany, że postępuję dobrze i że to wszystko wypali. Jasne, na pewno był nieprzewidywalny i powinienem mieć się na baczności, ale jednak… to przecież było dużo. Obciążające go zarzuty - całe mnóstwo jakiegoś bałaganu. Nie mógłbym pozwolić, żeby ktoś taki mi się wyrwał.
A jednak odrobinę wytrącił mnie z równowagi.
- Jasne, że jestem na służbie - odpowiedziałem poważnie, nie szczędząc typowi ostrych spojrzeń spod byka, jakby tym milutkim uśmieszkiem przyznawał się do tego, że zabił mi ojca. - Zareagowałbym na ten koks, cwaniaku, ale to tylko kwestia czasu, kiedy zabiorę ci to wszystko. Wszystko naraz, od tej chałupy po krawat, bo za kratami będziesz musiał przywyknąć do troszkę innych ubrań…
Niosło mnie. Niosło, przysięgam, od kiedy tylko koleś za biurkiem wstał i zaczął tą swoją dumną perorę, niosło mnie, żeby strzelić mu w ryj, zaciągnąć go do furgonetki, wywieść na komisariat i to tam rozmawiać dalej, już tylko i wyłącznie na moich zasadach. Tutaj mógł czuć się zbyt pewnie, w końcu sam wtargnąłem na jego teren. A wielkie koty nie lubią, żeby na ich terenie dyktować im jakieś obce zasady. Zjeżyłem się nieco.
- Ja ci… dam wtargnięcie, w tej chwili to ty jesteś zagrożony, rozumiesz? - warknąłem, celując w niego palcem, a potem sprawy potoczyły się jakoś prędko. Byłem blisko rzucenia się na tego typa, przysięgam. Tylko zebrawszy całą siłę woli cofnąłem się zamiast tego o krok i rzuciłem mu jeszcze jedno pogardliwe spojrzenie, lustrując jego sylwetkę od góry do dołu.
- Jest… coś jeszcze - odezwałem się ponownie po dłuższej chwili, kiedy już opanowałem nerwy na tyle, żeby mówić znowu poważnie. - Za dużo o tobie nie wiadomo, Lynn. Dawałeś w łapę każdemu, kto coś wcześniej znalazł, co? Skorumpowanych gliniarzy znaleźć łatwiej, niż ci się może zdawać.
Powrót do góry Go down

avatar


avaritia



PisanieTemat: Re: Destiny   26.02.18 0:12
Podobało mu się to – to, jak na niego patrzył. Lubił te gniewne spojrzenia, lubił wyprowadzać z równowagi i widzieć tego efekty. Nietrudno się domyślić, że już nie raz dostał przez to za swoje, ale nie obchodził go ból. Przemoc była dla niego niczym, nie działała na niego, nie oduczy go niczego. Można próbować, oczywiście, ale próby te pójdą na marne. Vincent jest zepsuty doszczętnie, każda cząstka jego ciała jest tak nasiąknięta prowokacją, że wypleniać trzeba by to latami.
“Wszystko naraz, od tej chałupy po krawat, bo za kratami będziesz musiał przywyknąć do troszkę innych ubrań…”
Podniósł brwi do góry. Facet naprawdę się nie cackał w słowach. Napalił się na wymierzenie mu sprawiedliwości gorzej niż lew na popołudniowy stosunek. Ale to dobrze. Przynajmniej dał mu znać, w jakim stopniu będzie musiał to wszystko uciszyć, na jak długo. A uciszyć nie znaczy wyeliminować.
Nagle gniew tego policjanta, psa, złego glinę (gdzie jest dobry?) zebrał na sile. Brwi Vincenta opadły, a za to podniosły się kąciki ust.
Jestem w pełni świadomy tego, jakie macie wy, policja, na ten temat zdanie — powiedział tylko łagodnie, nie ruszając się z miejsca ani o milimetr, nawet pomimo agresywnej postawy mężczyzny. Nie uważał chyba, że tak po prostu do wszystkiego się przyzna? — Jestem też wdzięczny za twoją troskę — odpowiedział. No bo kto jak nie on osobiście przyszedł do niego, aby przyznać, że policja ma go na oku? Zupełnie jak przyjacielskie ostrzeżenie.
Wyrwał się ze swoich myśli i mruknął cichym “hm?”, gdy odezwał się ponownie.
Najwidoczniej nie mam nic na sumieniu — powiedział z uśmiechem. Potem wewnętrzne kąciki jego brwi uniosły się do góry. — Naprawdę nie mogę potwierdzić twoich domysłów. Skłamałbym, a to przecież niedopuszczalne. — Udawał głupa, i to z czystą przyjemnością. — Jeśli natomiast masz jeszcze coś do powiedzenia, muszę z przykrością stwierdzić, że bez prawnika u boku nie zamierzam ciągnąć tej rozmowy. To poważne zarzuty. — Usiadł na krześle z powrotem jak gdyby nic.
Powrót do góry Go down

avatar


ira



PisanieTemat: Re: Destiny   27.02.18 23:02
Troska. Miałem ochotę wypluć mu to słowo prosto w twarz - głównie chyba dlatego, że było jakoś obrzydliwie prawdziwe to, co chciał przez to powiedzieć. Faktycznie może wyglądało to tak, jakbym starał się pomóc temu draniowi. Jakbym przyszedł tylko po to, aby go ostrzec i zasugerować czujność w najbliższych dniach. Wkurwiał mnie. W takich momentach musiałem się zastanawiać i zawsze mimowolnie się zastanawiałem, czy ja aby nie jestem za dobry dla tych wszystkich kryminalistów. Pewnie powinienem wpaść tu za tydzień czy dwa, kiedy zdobędziemy nowe mnóstwo dowodów pozwalających na natychmiastowe aresztowanie, kiedy wszelkie drogi ucieczki będą obstawione przez naszych, a ja będę mógł mieć na sobie mundur. Moją drugą skórę. Gdyby nie broda, frajer za biurkiem mógłby pewnie zauważyć, jak zaciskam szczęki.
Dobrze. Niech poczuje się bezpieczniejszy. Cwańszy. Dorwę go tak czy inaczej.
- Doskonale więc - odezwałem się wreszcie, patrząc prosto w jego oczy; ciemne jak dwie studnie i akurat teraz pozbawione tego szczególnego błysku, którego można by się spodziewać po uśmiechu widniejącym na twarzy Lynna. - Dobrze. Zobaczymy się jeszcze, panie Lynn, choćby i z jakimś prawnikiem, którego wsadzisz sobie w kieszeń.
Cofnąłem się o krok, ostatni raz omiatając pomieszczenie takim wzrokiem, jakbym spodziewał się znaleźć pięć działek koksu w śmietniku albo maszynę do podrabiania pieniędzy. Raczej nie miałem tu już wiele do roboty, skoro nic podobnego nie zauważyłem. Kopertę z kopiami dowodów zostawiłem typowi na biurku. Niechby miał do czego przytulić głowę ciężką od myśli o czekającym go upadku, kiedy nie będzie mógł spać. Z mojej strony to było wszystko.
- Nie kombinuj za bardzo, Lynn. Mam na ciebie oko - rzuciłem jeszcze tylko, nim nacisnąłem wreszcie klamkę i wycofałem się z gabinetu. Z chwilą, kiedy przedarłszy się przez tłumek w głównej części klubu wypadłem wreszcie na zewnątrz, dotarła do mnie jedna myśl. Potrzebowałem tego. Potrzebowałem adrenaliny i ryzyka, dlatego tutaj przyszedłem. Może to był jedyny sposób na skupienie moich myśli na czymś konkretnym - teraz, kiedy moje życie znowu zmierzało ku solidnym komplikacjom.

[zt]
Powrót do góry Go down



Sponsored content




PisanieTemat: Re: Destiny   
Powrót do góry Go down
 
Destiny
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Sin City :: Las Vegas  :: Dzielnica rozrywkowa-
Skocz do: